
|
Historia i nie tylko -> Bajka o pewnym Wojciechu... |

|
Dawno, dawno temu był sobie młody parobek Wojtek, a mieszkał w okolicach miasta Izbicy. Tak jak i inni chłopi, ciężko pracował na polach pana Franciszka Zboińskiego. Był rok pański 1808. Ludzie mówili, że czas mu się żenić, więc zaczął szukać sobie panny. Spodobała mu się Jagna Walczaków, co ją widywał w izbickim kościele. Po ślubie zamieszkali w jej wsi rodzinnej, Chotlu. Tam też rychło urodziła im się pierwsza córka, Petronela. A właśnie nastały rządy syna pana Zboińskiego - Ignacego. Wojtek miał już rodzinę, ale nie miał własnej chałupy, ani nawet małego kawałka pola. Mieszkał i pracował w Wólce, gdzie wkrótce urodził mu się pierworodny syn, Janko.
Pewnego dnia urzędników, co do pana przychodzili i szwargotali po niemiecku, zastąpili inni, którzy mówili jakoś po inszemu. Ludziska powiadali, że po rusku i że teraz w Rosyi, nie w Prusach im mieszkać przyszło… Cudy - pomiany! A przecie to nasza ziemia: tu każdy chłop, każda baba i dzieciok mały po naszemu mówi! Wojciechowi i Agnieszce było coraz ciężej... Bogu dzięki, pan przeniósł ich do Modzerowa. Wioska była mała, ale kościół mieli na miejscu, nie taki duży i murowany, jak w Izbicy, ale za to swojski jakiś. A i ksiądz proboszcz Szczerbik to ludzki i święty człowiek, choć surowy. Gadali, że pani Łucja męża zostawiła i drugi ślub brać będzie. Jakże to tak, jak raz już Panu Bogu przysięgała? Wojciech z Agnieszką doczekali się w Modzerowie następnej trójki dzieci: Mateusza, Pietrka i Połonki. W międzyczasie stary pan Franciszek umarł, rychło też zmarł młody pan, Ignacy Zboiński. Nie było tu źle Wojciechowi, ale myśl o własnej chałupie, a przede wszystkim o ziemi spokoju mu nie dawała… Nowy pan nastał - Augustyn Słubicki mu było, który ożenił się z panią Łucją Zboińską. Dobry to był pan, galantny. Chłopami nie pogardzał, a Wojtka cenił za ciężką pracę i zdolności. „Do kogóż się udom? Najprzód do Boga, a potem do wielmożnego pona. Jak my tego nie poradzi to już nikt na świecie!” - myślał Wojtek. I poszczęściło mu się: dostał w Śmielniku kawał ziemi i chałupę. Wreszcie był tak upragnionym gospodarzem! A i inni chłopi poważali go i słuchali, więc wkrótce został sołtysem. Od tego czasu Wojciechowi i Agnieszce wiodło się dobrze, zawsze było co do garnka włożyć: i pyry, i gzik ze sznytką chleba, a bywało, że i mięsa ździebko. Dzieci zdrowe były i nie umierały. A i nowe się rodziły: Salcia, Froncek, Ludwika i najmłodsza Marychna. Najstarszemu synowi, Janowi - już dorosłemu - spodobała się Jagata Szczepaniaków, co w Modzerowie mieszkała. Wkrótce odbyło się weselisko, a młodzi na razie zamieszkali na komornym w gospodarstwie ojca. Tam też urodził się im pierwszy syn, Wojtek mu dali - po dziadku. Naszemu Wojciechowi, Agnieszce i dzieciakom, ciągle sprzyjał los: przenieśli się, dzięki panu, do nowego, większego gospodarstwa w pobliskich Korzecznikach. Ładnie tam: lasy wszędzie i woda. A ziemi cała włóka była, inaczej trzydzieści mórg [ok. 16,5 ha - przyp. aut.]. Wojciech był teraz całą gębą gospodarzem i to nie byle jakim, bo trzydziestakiem! Jan i Agata ciągle mieszkali komorą w chałupie ojca, tam urodził im się kolejny syn, Walek. Życie płynęło im pracowicie, ale dostatnio. Część rodziny skoro świt szła do roboty u pana, pozostali pracowali na własnym gospodarstwie. Po św. Janie roku pańskiego 1838 stało się najgorsze: zmarło się Wojciechowi i Agnieszka została wdową. Opłakawszy go, pochowała na cmentarzu modzerowskim, pięknie położonym na wzgórzu, w pobliżu kościoła. Sam proboszcz izbicki pogrzeb odprawił. Janko z braćmi pomagał matce w gospodarstwie. Odchował już z Agatą dwóch chłopców, a teraz urodził mu się trzeci, Józef. Apolonia, córka Wojciecha, miała już męża, Pietrka Leśniewskich, fornala na służbie w Korzeczniku. Tymczasem na wieś spadło najgorsze: brankę ogłosili! Mateusza i Pietrka, zdrowych i silnych synów Wojciecha, wyrękę i pomoc w gospodarstwie, car na zatracenie do wojska wziął. A bodaj go szlag, diabła-pogana! Na nic płacze i lamenty rodziny - pognali ich w świat. Słuch po nich zaginął na zawsze - nigdy nie wrócili... Najstarsza córka Wojciecha, Petronela, na służbę poszła do Śmielnika. Matka martwiła się jej losem, bo do tej pory nie wyszła za mąż, a już dawno trzydzieści wiosen skończyła. Szałaputna była. Jakoś udało się znaleźć jej męża, a był to Florian Maciejewski z Zagrodnicy - wdowiec z gromadką dzieci. Po ślubie zamieszkała na jego gospodarstwie. U Jana i Agaty urodziły się nowe dzieci: Michał, Marychna i Froncek. Jan nie posiadał się z radości, bo z chłopoków jest większa pociecha w gospodarstwie - mówił, a miał ich już pięciu. Tymczasem Franciszek od Wojciecha ożenił się z Jantką Zielińskich, która od dawna już wpadła mu w oko, lecz prędzej za młoda była. Tym razem rodzice dali swoje pozwolenie i ślub się odbył. Błogosławił im proboszcz Szczerbik, bez którego żadna uroczystość obejść się nie mogła. Jan z rodziną przeniósł się do Modzerowa, więc teraz to Froncek gospodarzem był w Korzeczniku. Ktoś powracający z izbickiego targu przyniósł wiadomość, że w Zagrodnicy zmarła Petronela. Tylko rok była przy mężu… Roku pańskiego 1850 Modzerowo, w którym mieszkał Jan, spotkało ogromne nieszczęście - wybuchła epidemia cholery. Zmarli wszyscy jego synowie, ino Marianna została. Umarł również proboszcz Szczerbik, a staruszek ksiądz Skibiński nie nadążał wszystkich grzebać. W czasie epidemii Agata była przy nadziei i bała się, żeby dziecko tylko zdrowe się urodziło. Pon Bóg najlepszy doktór: urodził się zdrowy synek, Kaźmirz. Jan z Agatą długo nie mogli się pogodzić ze stratą dzieci. Aby pozbyć się złych wspomnień i odmienić swój los przenieśli się z Marianną i Kazimierzem do Długiego koło Izbicy - pon pozwoleństwo swoje doł. Może im tam lepiej będzie? Na wieczną pamiątkę zarazy, ludzie z całej okolicy co roku o tej samej porze zaczęli pielgrzymkę odprawiać do pobliskiego klasztoru brdowskiego, aby podziękować Najświętszej Panience za ocalenie. Tymczasem kolejna córka Wojciecha, Ludwika, (podobnie, jak wcześniej jej siostra Petronela) poszła na służbę do Śmielnika. Rychło wyszła za Jędrzeja Mikołajczaka, parobka w Korzeczniku, i urodził się im pierwszy syn, Marcin. Po ślubie młodzi wyruszyli w świat w poszukiwaniu lepszego życia. Ostatnie wieści o nich przyniósł wędrowny dziad kościelny z Błennej: o narodzinach i śmierci kolejnego ich synka, Józefa. A Jana i Agatę ciągle prześladował pech: w Długim zmarł najpierw sam Jan, potem jego córka Marianna. Agata została sama z małym Kazimierzem… A co z Franciszkiem? Franciszek szczęśliwie gospodarzył jako trzydziestak na ojcowskiej ziemi w Korzeczniku, a na dodatek Antonina urodziła mu dwóch dorodnych synów: pierworodnego Walentego i Szymona. Zostali ochrzczeni w kościółku w Modzerowie: Walek przez księdza Skibińskiego, Szymek przez proboszcza Petrykowskiego. I niczego nie brakowało im do szczęścia…
W tym miejscu nastąpiłby morał, gdyby to była rzeczywiście bajka. Ale morału nie będzie, a historii brak zakończenia, bo ona trwa nadal. Jest to historia naszych przodków, którzy żyli naprawdę, mieli swoje radości i zmartwienia, byli ludźmi z krwi i kości, tak, jak my dzisiaj.
|









|
Projekt i realizacja: Liliana Molenda 2008 |
|
Bajka | Jadło, domy, ubiór | Imiona i nazwiska | Korzecznik | Dlaczego Rychwiccy... | Kujawy | Parafie |